Komentarze do filmów

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy – komentarz

przez , 21.gru.2015, w Komentarze do filmów

„Star Wars Episode VII: The Force Awakens” (2015) – SF/Przygodowy, prod.USA  reż. J.J. Abrams

OPIS: W galaktyce na zgliszczach Imperium narodził się Nowy Porządek, który rozpoczyna siać terror i zniszczenie. Jednym z przywódców jest bezwzględny Kylo Ren (Adam Driver), którego pragnieniem jest zrealizowanie marzenia Dartha Vadera. Ren i Nowy Porządek obrali sobie także za cel zgładzenie Luke’a Skywalkera (Mark Hamill), który jednak zniknął wiele lat temu.  Informacje o miejscu przebywania Luke’a wchodzą w posiadanie droida BB-8, który trafia pod opiekę Rey (Daisy Ridley), która żyje ze zbierania złomu na pustyni. BB-8 ścigany przez Nowy Porządek ściąga kłopoty także na Rey, która w międzyczasie poznaje specyficznego sprzymierzeńca, który powrócił na stronę dobra. Cała trójka będzie musiała podjąć walkę z ciemiężycielami.

Komentarz: Nowe „Gwiezdne Wojny” od samego początku dobrze się zapowiadały – świetne trailery, fotosy i zapowiedzi. Czuć w nich było magię, której zabrakło w Nowej Trylogii. Wreszcie znalazła się odpowiednia osoba, na odpowiednim stanowisku, bo niestety Moc opuściła Lucasa, który tworząc epizody I-III poszedł w kierunku komercji i efekciarstwa, czasem na siłę spajając obie trylogie w całość. Lucas nie kręcił nowej trylogii z pasją, oczekiwał jedynie góry $ i ponownego zainteresowania marką, którą z resztą sam stworzył. I wyszło jak wyszło… Dopiero „Zemsta Sithów” podniosła poziom serii, który drastycznie obniżył nieudany „Atak Klonów”. Epizod II oglądam  jedynie dla efektu ciągłości fabularnej, w przeciwnym razie bym go pomijał, bo jest fatalny. Ale w dziesięć lat po ostatniej części  na ekrany kin wchodzi długo wyczekiwany  Epizod VII. „Przebudzenie Mocy” jest powrotem do korzeni, wreszcie się ktoś opamiętał i  stworzył film z myślą o fanach – a nie o zyskach. Reżyser przywraca klimat Starej Trylogii i przypomina co w „Gwiezdnych Wojnach” jest najważniejsze. Od samego początku czuć magię, która towarzyszyła nam w „Nowej Nadziej”, z resztą, J.J Abrams wielokrotnie ją cytuje, widać u niego zafascynowanie i inspirację tym filmem. Zgrabnie do niej nawiązuje, ale broń Boże nie kopiuje. „Przebudzenie Mocy” opowiada dalszą historię znanych nam Luke’a, Lei, czy Hana Solo (bohaterów epizodów IV-VI), którzy jednak stopniowo oddalają się na dalszy plan, przekazując pałeczkę kolejnym bohaterom, którzy wbrew pozorom wypadają naprawdę dobrze i miejscami przyćmiewają starą gwardię. Jedynym minusem jest tutaj spory skok w czasie i nieprzedstawienie, co działo się ze starymi bohaterami w okresie lat niepokazanych w filmie, wszak ich losy potoczyły się zupełnie inaczej, niż mogłoby się wydawać po finale „Powrotu Jedi”. Możliwe jednak, że zostanie to dopowiedziane w kolejnych epizodach.  A teraz skupię się nieco na głównej postaci negatywnej, czyli Kylo Renie. Początkowo wydawało mi się, że  w tej postaci jest wewnętnrzy konflikt jak w Vaderze, ale w czasie seansu zauważyłem, że w osobie tej niema czegoś takiego, jest bezkrytycznie i ślepo zapatrzona w Nowy Porządek i za wszelką cenę stara się dorównać Vaderowi. I choć wie, że ma jeszcze szansę i jest w niej jeszcze jasność kompletnie ignoruje ten fakt. Nowy czarny charakter spotkał się z krytyką, według mnie bezpodstawną. Kylo Ren może nie jest jeszcze tak charyzmatyczną postacią jak jego poprzednicy, ale to oczywiste, że ta postać będzie rozwijana w następnych częściach i będzie ewoluowała, co już zasygnalizowano w końcówce „Przebudzenia Mocy”.  Bezwzględność i nienawiść Kylo Rena osiągnie jeszcze wyższy stopień w następnej odsłonie, tego jestem niemal pewien. Jak się prezentują inne (i nowe) postacie? Również bardzo dobrze – Rey jest świetną następczynią Lei, bogata w osobowość, charyzmatyczna dziewczyna, która stopniowo odkrywa drzemiący w niej potencjał (i rzecz jasna Moc). Finn także nieźle wypada. Byłem sceptycznie nastawiony do tego osobnika, ale jak widać – niesłusznie. Reszta także wyrazista, nie wyłapałem słabych ogniw, których w epizodach I-III było mnogo, na czele z pierwszoplanowymi bohaterami. Widać, że skupiono się na zarysowaniu i rozpisaniu  charakterów nowych bohaterów, bo Lucas przy tworzeniu NT to chyba jedynie mówił „teraz masz robić złą minę”, „a teraz udawaj rozdartego”. Przynajmniej takie ma się wrażenie jak patrzy się na zachowania postaci. Kolejnym elementem, który działa na korzyść „Przebudzenia Mocy” to namacalność. Efekty specjalne w dużej mierze są wykonane fizycznie na planie, więc są o wiele bardziej realistyczniejsze  niż te w NT, gdzie tło i dalszy plan całkowicie odstawało od postaci i raziło sztucznością. CGI w epizodzie VII stosowane jest nienachalnie, jedynie tam gdzie to niezbędne i konieczne. Walk na miecze świetlne jest mało, ale są zrealizowane naprawdę solidnie. Nie są tak widowiskowe i efektowne jak w NT, ale emocjonujące i można by powiedzieć, że nieco bardziej brutalne. Ogólnie epizod VII jest dość krwawy jak na SW, podobnie jak przedostatni, czyli „Zemsta Sithów”. Muzykę po raz kolejny skomponował John Williams, ale trzeba przyznać, że jest nieco za skromna, w monumentalnych momentach mogłyby pojawić się jakieś mocniejsze i bardziej słyszalne brzmienia. No, ale nie można za minus tego uznać, bo soundtrack zawiera to co powinien, chociaż można było bardziej go urozmaicić. Ogółem – na coś takiego właśnie  czekałem. Film, który przywrócił poziom serii i pozytywnie o niej przypomniał, bo niestety Lucas zaciągnął swoją markę na mieliznę, zrehabilitował się przy „Zemście Sithów”, ale niesmak jednak pozostał. Teraz trzeba czekać na kolejne epizody. Miejmy nadzieję, że będą tak udane jak „Przebudzenie Mocy”.

OCENA: 8/10

Zostaw komentarz więcej...

Niewidzialny człowiek (1933) – komentarz

przez , 25.lis.2015, w Komentarze do filmów

„The Invisible Man” (1933) – horror/kryminał/dramat, prod. USA, reż. James Whale

OPIS: Do małego miasteczka przybywa tajemniczy mężczyzna, z głową owiniętą bandażem. Zaraz na samym początku daje się we znaki mieszkańcom. Wkrótce się okazuje, że człowiek ten jest…niewidzialny. Jest nim Jack Gryffin (Claude Rains) – naukowiec, który eksperymentował z serum zapewniającym niewidzialność. Niestety nie stworzył w porę antidotum, a serum ma  skutki oboczne – rozwijająca się paranoja i samouwielbienie. Jack ze spokojnego naukowca staje się wyrafinowanym złodziejem, a także mordercą.

Komentarz: Znakomite kino, które mimo upływu tak wielu lat ogląda się naprawdę dobrze i jedynie zniszczona czarno-biała taśma zdradza, że mamy do czynienia z dość starym filmem. Nie wieje nudą, a film jest intrygujący, wciąga od samego początku, od przybycia Jack’a i wynajęcie przez niego pokoju. Tempo jest dość dynamicznie i film szybko się rozkręca, a napięta atmosfera się nawarstwia. W mieszkańcach autentycznie widać strach przed niewidzialnym mordercą. Perfekcyjnie zagrał go Claude Rains, który właściwie jedynie operuje głosem. Przez większość czasu jego twarz jest szczelnie zakryta bandażami, jedynie w finale na parę sekund widać twarz aktora. Postać wypada realistycznie, a efekty specjalne sprawiają, że niewidzialny człowiek staje się  namacalny. Jak na rok 1933 efekty są naprawdę imponujące i jest ich dość sporo, perfekcyjnie są zgrane z akcją. „Samozapalający” się papieros, sama uciekająca koszula i inne rzeczy wypadają naprawdę realistycznie. Postać niewidzialnego jest złożona i przemyślana – z jednej strony szkoda nam naukowca, który nie może wrócić do swojej dawnej postaci, ale z drugiej staje się on z każdą chwilą coraz bardziej perfidnym przestępcą. Niby jest to postać negatywna, ale też budzi nasze współczucie i czasem dopingowanie. Pesymistyczne i zaskakujące zakończenie sprawia, że film zostaje w pamięci na długo. Chętnie sięgnę po sequel.

OCENA: 8/10

Zostaw komentarz więcej...

Spectre (2015) – komentarz

przez , 24.lis.2015, w Komentarze do filmów

„Spectre” (2015) – akcja, kryminał, prod. Wielka Brytania/USA, reż. Sam Mendes

OPIS:  M (Judi Dench) przed śmiercią zleciła Bondowi (Daniel Craig) ostatnie zadanie, które musi wykonać bez wiedzy MI6. W późniejszym splocie wydarzeń przyszłość wywiadu stoi pod znakiem zapytania,  bowiem organizacja „Spectre” rozprzestrzenia się na wielką skalę, jej ludzie znajdują się nawet wśród  szeregów MI6. Jedynie Bond instruowany pozostawioną przez M wiadomością może rozwiązać sprawę organizacji. Jego sojuszniczką zostaje Madeleine Swann (Lea Seydoux), którą jest zobowiązany ochraniać. Jednak bohaterowie będę musieli zmierzyć się nie tylko ze „Spectre”, ale też ze swoją przeszłością.

KOMENTARZ:  Po „Spectre” spodziewałem się naprawdę wiele i w sumie dostałem to, ale w innym wydaniu niż oczekiwałem. Po „Skyfall” i pierwszych trailerach spodziewałem się poważnego i skomplikowanego filmu z ciężkim klimatem, ale okazało się, że seria zatacza koło i wraca do starych schematów. Mamy dużo komizmu, o wiele więcej gadżetów niż we wcześniejszych filmach z Craigiem i często sporo absurdalnych, karkołomnych akcji. Oglądało się naprawdę fajnie, tym bardziej, że film jest solidnie zrealizowany, ale miejscami brakowało tej powagi i poważniejszego podejścia do tematu. Fabuła także ma swoje minusy – zbyt dużo wątków poupychanych do jednego filmu, niektóre zbędne jak ten z Monnicą Bellucci. Aczkolwiek ogląda się dobrze, „Spectre” wciąga i przyjemnie jest z Bondem odkrywać kolejne karty. Na pochwałę zasługują bardzo ładne zdjęcia i muzyka Thomasa  Newmana. Również piosenka jest bardzo fajna, tutaj akurat nie rozumiem narzekania na nią. Craig jak zwykle rewelacyjnie zagrał, zdecydowanie jeden z najlepiej zagranych Bondów po Connerym. Pozostali bohaterowie również wypadają dobrze, chociaż ich postacie przez mnogość wątków nie są zbyt rozbudowane i często pod tym względem czuć niedosyt. Christoph Waltz ma zdecydowanie za mało czasu ekranowego, przez co nie może pokazać wszystkiego. Podobnie jak postać Madeleine Swann, która podejmuje kompletnie nieuzasadnione decyzje.  Efekty specjalne są na dobrym poziom, chociaż trochę za często eksploatowane – a nie stonowane jak w poprzednikach, gdzie nie odwracały uwagi od fabuły.  Niemniej jednak kino na wysokim poziomie i chociaż niezupełnie tego się spodziewałem, to bawiłem się naprawdę dobrze. Konkretne bondowskie klimaty, niemal powrót do lat 60.

OCENA: 7/10

 

 

2 komentarze więcej...

Psychol (1998) – Komentarz

przez , 19.wrz.2015, w Komentarze do filmów

„Psycho” (1998) – Thriller/kryminał prod.USA, reż. Gus Van Sant

OPIS: Marion (Anne Heche) aktualnie w życiu nie wiedzie się zbyt dobrze, ma problemy finansowe i jej związek z Samem  (Viggo Mortensen) stoi pod znakiem zapytania.  Na zlecenie szefa dziewczyna ma wpłacić do banku dużą sumę pieniędzy, ale pod wpływem impulsu kradnie je i ucieka. Za czterdzieści tysięcy dolarów spokojnie może wyjść „na prostą”.  Nie wiedząc jeszcze dokąd wyjeżdża. Po długiej drodze zatrzymuje się w skromnym ” Bates  Motel”. Poznaje w nim Normana Batesa (Vince Vaughn) młodego i samotnego człowieka, który opiekuje się schorowaną matką, która terroryzuje go psychicznie. Wkrótce dziewczyna ginie w wynajętym pokoju, a cała sprawa okazuje się być bardzo skomplikowana  i nie łatwa do wyjaśnienia.

KOMENTARZ:  W niemal równy miesiąc po genialnej „Psychozie” obejrzałem również i „Psychola” (swoją drogą nie wiem skąd to tłumaczenie tytułu skoro tytuł obu filmów to „Psycho” i to ten sam film nagrany dwukrotnie – w 1960 i powielony w 1998 w innymi aktorami).  Ciężko jest to ocenić, ponieważ to jest  ten sam scenariusz „Psychozy” nagrana od nowa z tymi samymi ustawieniami kamery, tą samą muzyką, dialogami i narracją. Jedynie aktorzy byli nowi i zmieniono jakieś drobiazgi, które nawet ciężko wyłapać. Nie wiem jaki sens  był kręcenia  tego od nowa, skoro ktoś kiedyś zrobił to lepiej. To co w „Psychozie” było genialne i nowatorskie w „Psycholu” spełniało rolę zupełnie odwrotną. Drugim strzałem w kolano było złe dobranie aktorów. Vince Vaughn całkiem niezły aktor w roli Batesa wypada niedorzecznie. Nieudolnie (i chyba nawet nieświadomie) zmieniono postać  i jej charakter o 180 stopni. Norman Bates Perkinsa był zagubionym niepozornym człowiekiem, o nic nie można było go podejrzewać.  Bates Vaughna jest głupawym drabem ze złowieszczym uśmiechem i tikami nerwowymi – sam na siebie rzuca podejrzenia i wszystkiego idzie się domyśleć. Aktor ten pasuje do ról właśnie „Psycholi”, ale nie w takim wydaniu jak tutaj. Polecam obejrzeć „Teren Prywatny”. W roli Batesa w 98 powinien wystąpić Viggo Mortensen – odpowiednia sylwetka, podoba fryzura do tej u Perkinsa i większy talent aktorski. Niestety ktoś obsadził go w roli Sama Loomisa, a Vaughna o posturze Terminatora jako Batesa. Przez to finał wygląda kuriozalnie. Natomiast William H. Macy jako Arbogast wypada naprawdę dobrze i obsadzenie go w tej roli to trafna decyzja.  Ale można było rozbudować tą postać. Co do pozostałych to nie mam zastrzeżeń.  Narracja i sceny akcji żywcem przeniesione z roku 1960 w 1998 wyglądają tandetnie i dziwnie. Dodatkowo precyzyjne sceny zabójstw w „Psychozie” tutaj uzupełnione zostały o jakieś denne migawki. Dlaczego Arbogast w chwili śmierci widzi jakąś kobietę w bikini i inne niedorzeczności? Sam nie wiem – przeniesienie filmu z początku lat 60 do lat 90 i skopiowanie każdej sceny dało efekt niemal parodii i niestety jest tandetnie. Można było nico pozmieniać i rozbudować poszczególne wątki. No, ale z drugiej strony za dużo ingerencji i niekompetentni twórcy? Mogło by być gorzej niż jest. Kompletnie nieudany eksperyment, w którym drzemał potencjał. Ale niestety, wyszedł zakalec.  Ktoś wziął zbyt dosłownie to do siebie,  skorzystał jedynie z gotowego scenariusza i filmu, nagrywając jedynie cały materiał od nowa. Gdzie kreatywność i nowatorskość Hitchcocka?

OCENA: 5/10

Zostaw komentarz więcej...

Gra – Komentarz

przez , 23.sie.2015, w Komentarze do filmów

„The Game” (1997) – Thriller, prod.USA, reż. David Fincher

OPIS:  Nicholas Van Orton (Michael Douglas) jest prowadzącym nudne i monotonne życie biznesmenem. Właśnie przeżywa swoje 48 urodziny, jest to wyjątkowy wiek – tyle lat miał ojciec Nicholasa gdy popełnił samobójstwo.  Niespodziewanie milionera odwiedza brat, Conrad (Sean Penn), który po rozmowie zostawia mu wizytówkę firmy CRS, która oferuje „wyjątkowe rozrywki”. Na prośbę brata Nicholas udaje się do firmy i zgadza się na „grę”.  Po podpisaniu umowy i opuszczeniu budynku czeka go parę niemiłych niespodzianek, a wkrótce niemal każdy stara się go zabić, a cały majątek przepada. Rozpoczęła się gra…

KOMENTARZ:  Dawno nie oglądałem filmu tak intrygującego i trzymającego w napięciu. Od samego początku coś wisi w powietrzu. A gdy film nabiera większa tempa to całkowicie wciąga. Można się utożsamiać z Nicholasem, też stajemy się nie ufni i osaczeni, siedzimy i w napięciu czekamy, co zrobi bohater, na którego zza każdego roku ktoś czyha.  Michael Douglas gra naprawdę niesamowicie przekonująco, naprawdę mu współczujemy podczas seansu. Sean Penn pojawiający się w epizodzie też wypada nieźle,  natomiast Deborah Kara Unger jest nieco mało wiarygodna, ale może tego wymagała rola.  Całość podsyca niepokojąca, skromna muzyka. Film sporo stracił by bez niej.  Oczywiście jest trochę naciągania – a jeśli bohater nie odnalazłby poszczególnych poszlak, a jeśli by zachował się inaczej niż przewidziano? Niby jest to teoretycznie wyjaśnione, ale to i tak trochę naciągane. No, ale film to film, oglądało się naprawdę dobrze i w napięciu, więc niema co się czepiać. W kwestii zakończenia – tu mam mieszane odczucia, z jednej strony geniusz Finchera, ale z drugiej lekki niesmak. Ale jest kompletnie nieprzewidywalne i zaskakujące.  Podejrzewam, że niezły wytrzeszcz zrobiłem w chili „wyłożenia kart”.  W skrócie – inteligentna rozrywka na najwyższym poziomie z oryginalną intrygą, świetnie rozegraną akcją i rewelacyjnym Douglasem.  Film wczoraj był na TVP1 i czytał Maciej Gudowski.

OCENA: 8,5/10

3 komentarze więcej...

Psychoza – komentarz

przez , 21.sie.2015, w Komentarze do filmów

„Psycho” 1960 – Thriller/kryminał, prod. USA, reż. Alfreda Hitchcock

OPIS:  Marion (Janet Leigh) aktualnie w życiu nie wiedzie się, ma problemy finansowe i jej związek z Samem  (John Gavin) stoi pod znakiem zapytania.  Na zlecenie szefa dziewczyna ma wpłacić do banku dużą sumę pieniędzy, ale pod wpływem impulsu kradnie je i ucieka. Za czterdzieści tysięcy dolarów spokojnie może wyjść „na prostą”.  Nie wiedząc jeszcze dokąd wyjeżdża. Po długiej drodze zatrzymuje się w skromnym ” Bates  Motel”. Poznaje w nim Normana Batesa (Anthony Perkins), młodego i samotnego człowieka, który opiekuje się schorowaną matką, która terroryzuje go psychicznie. Wkrótce dziewczyna ginie w wynajętym pokoju, a cała sprawa okazuje się być bardzo skomplikowana  i nie łatwa do wyjaśnienia.

KOMENTARZ:  Wreszcie udało mi się zobaczyć ten film, dość długo na niego czaiłem się. Ale warto było, bo „Psychoza” mnie po prostu zachwyciła, Hitchcock pokazuje tutaj cały swój geniusz – choćby ciągłe wodzenie widza za nos.  Styl filmowania, scenografia – to wszystko jest przygotowane perfekcyjnie.  Film bardzo odważny jak na lata w których powstawał. Oglądając go teraz nadal można poczuć dreszcze, a atmosfera jest niesamowicie napięta. Jak zbliża się finał to już wręcz niemożna wysiedzieć, Hitchcock kończy swój film z pompą, szczerze mówiąc nie spodziewałem się takiego zakończenia, jest absolutnie nieprzewidywalne. Owszem, są niektóre elementy, które się zestarzały np. scena w kabinie prysznicowej nie jest tak niesamowita jakby się mogło wydawać. No, ale film jest z 1960r., więc to i tak należy się wielki szacunek za realizację takich scen.  Niektóre śmiało można by było wmontować do „Piątku trzynastego”.  A właśnie, jak już jestem przy „Piątku, trzynastego” – oba filmy mają bardzo podobną ścieżkę dźwiękową i w obu filmach odgrywa ona niesamowitą rolą.  „Psychoza” jednak nie robiła by takiego wrażenia jakby nie wybitny Anthony Perkins. Facet zagrał po prostu niesamowicie, odgrywana przez niego postać już zapisała się w historii.  Krótko mówiąc – jak na rok 1960 to jest fenomen jeśli chodzi o kino grozy. Film oglądałem wczoraj na TVP Kultura i czytał Jan Wilkans.

OCENA: 8/10

3 komentarze więcej...

Teren Prywatny (2001) – komentarz

przez , 19.sie.2015, w Komentarze do filmów

„Domestic Disturbance” (2001) – Thriller, prod.USA, reż. Harold Becker

OPIS:  Frank (John Travolta) i Susan (Teri Polo) rozwodzą się, ich 12 letni syn,  Danny (Matt O’Leary) bardzo to przeżywa i nie akceptuje nowego partnera matki, wszędobylskiego Ricka (Vince Vaughn). Chłopak opowiada ojcu, że Rick źle go traktuje, a jego miłe usposobienie to tylko pozory. Sytuacja staje się bardzo napięta,  gdy Danny opowiada Frankowi, że jego ojczym zabił człowieka. Niestety dowodów na to niema, ale Frank mimo wszystko wierzy synowi i rozpoczyna prywatny śledztwo.

KOMENTARZ:  Film oglądałem już raz, dawno temu na TVP1 i wtedy nieźle mi się podobał. Przedwczoraj kupiłem go na DVD razem z „Opętaniem” z kolekcji dystrybutora Carisma. Jak wypadła powtórka po latach? Ano, też nieźle, chociaż już dostrzegłem pewne wady filmu. Ogółem wszystko stoi na niezłym poziomie, ale film czasem ucieka w schematy i jest dość przewidywalny. Niektóre sytuacje były dość naciągane i miałem wrażenie, że scenariusz w wielu momentach był upraszczany. No, ale film nawet trzymał w napięciu.  Dodatkowym plusem był fajny,  małomiasteczkowy klimat. Jednak największą zaletą „Terenu prywatnego” jest obsada – John Travolta wypada naprawdę fajnie w roli osamotnionego ojca. Chociaż nie trawię tego aktora to tutaj mi podobała się jego rola. Matt O’Leary również wypada wiarygodnie. Ale wszystkich przyćmił Vince Vaughn, aktor fenomenalnie grał na przemian – sadystyczny tyran, albo miły sąsiad i kochający maż. Nie widziałem tego aktora nigdy w negatywnej roli, ale tutaj wyszła mu rewelacyjnie. Podsumowując – przewidywalny thriller, ale dzięki sprawnej reżyserii i obsadzie nadrabia braki. Ogląda się dobrze, mimo paru przestojów i do filmu jeszcze na pewno wrócę. Wersję DVD czyta Stanisław Olejniczak.

OCENA: 6/10

Zostaw komentarz więcej...

Opętanie (1999) – komentarz

przez , 18.sie.2015, w Komentarze do filmów

„Stir of Echoes” (1999) – horror, prod. USA, reż. David Koepp

OPIS: Tom Witzky (Kevin Bacon) wraz ze swoją żoną Maggie (Kathryn Erbe) i pięcioletnim synkiem mieszka w wyjątkowo nudnej dzielnicy Chicago. Jedyną ich rozrywką jest odwiedzanie sąsiadów i wizyty szwagierki Toma, Lisy. Podczas jednej z domówek znudzony Tom poddaje się hipnozie Lisy, sceptycznie nastawiony mężczyzna po zahipnotyzowaniu budzi się przerażony i dręczą go przerażające wizje. Okazuje się, że mózg Toma w skutek hipnozy  „rozblokował” się i odbiera sygnały, które pochodzą z „drugiej strony”. Witzky zaczyna odbierać sygnały od ducha zamordowanej Samanthy, wszystko wskazuje na to, że dziewczyna została zamordowana i pogrzebana w domu Toma. Czy cała zagadka się wyjaśni, czy może Tom po prostu oszalał?

KOMENTARZ: Na ten film czaiłem się już od dawna – lubię Kevina Bacona, a opis produkcji był nawet interesujący.  Emisje TV zawsze gdzieś mi uciekały, ale wczoraj będąc w komisie natknąłem się na zafoliowaną nówkę DVD, więc bez namysłu kupiłem płytkę. Odpalam film, ale niestety już sam początek niczego dobrego nie wróżył. Ograne schematy i zapożyczone motywy z „Lśnienia” Kubricka.  Jake, synek Toma to wypisz wymaluj Danny z „The Shining”. Pomijając zero oryginalności i stereotypowość – bohaterowie filmu zachowują się dziwnie,  zupełnie nie zwyczajnie. Dodatkowo między postaciami  nic nie iskrzy, żadnej chemii – mówią sobie czułe słówka, ale bez żadnego zaangażowania i patrzą na siebie jak dwa wściekłe psy.  Nawet Kevin Bacon, dla którego oglądałem ten film odpuścił sobie. Snuje się jakiś znudzony, zero charyzmy. Miałem wrażenie, że cały czas w myślach powtarza sobie – „co ja robię w tym filmie?”. Reszta obsady to w ogóle, lepiej przemilczeć.  Po kiepskim początku całość nabiera tempa, ale wszystko przewidywalne jest i mało w ciągające. Jedynie kiedy zbliża się finał to można poczuć ciut napięcia, bo wcześniej towarzyszą nam takie emocje jak przy oglądaniu „Plebanii”. Film ani razu niczym nie zaskakuje, ani razu nie poczułem ciarek na plecach, albo chociaż większego zainteresowania.  Efekty specjalne są mocno oszczędne, więc ciężko o nich cokolwiek powiedzieć.  Poziom filmu mogła podnieść by muzyka, ale tutaj też pokpiono sprawę. Muzyka w horrorach z reguły odgrywa znaczącą rolę i twórcy powinni się przyłożyć. Niestety.  Ogółem – nieemocjonujący, niezbyt ciekawy, do bólu przewidywalny, marny horror jakich wiele. Okropnie zły nie jest – ogląda się bezboleśnie, widywałem gorsze. Seans w miarę szybko minął.  Ale ogląda się tylko po to, żeby odfajkować i zobaczyć jak skończy się cała historia.  Niestety nawet Bacon, w którym pokładałem nadzieję filmu nie uratował.

Jedyna niespodzianka jaka spotkała mnie to lektor czytający film. Wkładam płytkę do odtwarzacza i mówię sobie pod nosem – „ale byłby jaja jakby czytał Knapik”. Film zaczyna się i  tytuł czyta…Tomasz Knapik. Chyba dzięki niemu seans był w miarę OK.

OCENA: 4+/10

Zostaw komentarz więcej...

Żona astronauty (1999) – Komentarz

przez , 30.lip.2015, w Komentarze do filmów

„The Astronaut’s Wife” (1999) – Thriller/SF prod.USA, reż. Rand Ravich

OPIS: Spencer Armacost (Johnny Depp) jest astronautą, wiedzie szczęśliwe życie z Jilian (Charlize Theron).  Mężczyznę i jego przyjaciela Alexa czeka nowa misja – naprawa satelity. Podczas wykonywania zadania Ziemia traci na dwie minuty kontakt z obydwoma astronautami. Po powrocie Alex umiera w niejasnych okolicznościach, jego żona popełnia samobójstwo, a zachowanie Spencera jest co najmniej dziwne. Co się stało podczas tych dwóch minut gdy astronauci byli w kosmosie?

KOMENTARZ: Szerze mówiąc spodziewałem się czegoś lepszego, chociaż pierwsza połowa była bardzo obiecująca. Myślałem, że „Żona astronauty” to będzie  luźne połączenie „Dziecka Rosemary” z „Gatunkiem 2″, gdzie pierwsze minuty  filmu były niemal identyczne.  Niestety całość okazała się  jedynie kalką „Dziecka Rosemary”, ale z o wiele gorszym scenariuszem. W filmie jest sporo niedokończonych wątków, a samo zakończenie jest absolutnie rozczarowujące i zrobione na odwal w najgorszy z możliwych sposobów. Pozostawia  spory  niedosyt (delikatnie mówiąc).  Po cholerę była scenka w której Jilian żali się o swoich koszmarach z przeszłości. Jakie to miało znaczenie dla fabuły? W ogóle można sporo więcej pytań wysnuć- właściwie to czego  chcieli obcy? Po co ta cała maskarada z samolotem, w którego budowę zamieszany jest Spencer? Nie klei się to jakoś wszystko. Muszę natomiast pochwalić muzykę i obsadę. Fenomenalnie zagrała Theron, natomiast Depp był jakiś nieobecny, ale może tego wymagała rola, więc nie czepiam się. Film był nawet wciągający, ale wprowadzono zbędne, niewnoszące nic dla fabuły i niezakończone wątki, nieudolnie pozostawione do interpretacji. Ogółem ogląda się dobrze, ale nietrafione pomysły i spierdolone zakończenie to po prostu samobój scenarzystów.  Film oglądałem na TVN7 i czytał Stanisław Olejniczak.

OCENA: 5/10

Zostaw komentarz więcej...

Terminator: Genisys – komentarz

przez , 15.lip.2015, w Komentarze do filmów

„Terminator: Genisys” (2015) – film SF, prod.USA, reż. Alan Taylor

OPIS:  Rok 2029, przywódca ruchu oporu, John Connor (Jason Clarke) szykuje się do ostatecznej bitwy z maszynami, ale te wysyłają w przeszłość Terminatora, by zabił matkę Connora, Sarah (Emilia Clarke).  John wysyła więc w przeszłość żołnierza Reese’a (Jai Courtney) . Na miejscu okazuje się, że Kyle Reese trafia do alternatywnej linii czasowej, gdzie Sarah już na niego czeka wraz ze sprzymierzeńcem – Terminatorem T-800, nazywanym przez nią „Pops” . Okazuje się także, że w alternatywnej rzeczywistości John Connor skrywa tajemnicę, która ma znaczący wpływ na to, kto zwycięży – maszyny, czy ludzie.

KOMENTARZ:  Jak dowiedziałem się o tym filmie, to się bardzo ucieszyłem. Pierwszy krótki trailer także był OK, ale każdy kolejny, coraz dłuższy jednak nie zapowiadał dobrego filmu. Podobnie jak często kijowe plakaty. No, ale mimo wszystko wybrałem się do kina (o czym pisałem wcześniej). I podochodziłem dość sceptycznie, początek filmu także nie zapowiadał niczego dobrego, raczej żerował na legendzie „Terminatora” i „Terminatora 2″. Odgrywanie scen z oryginału także nie wyglądało tak fajnie jak w zwiastunie. Ale potem zrobiło się ciekawie, nawet bardzo. Po prostu zacząłem się przekonywać do tego filmu. No fakt – fabuła jest za bardzo pogmatwana, że sami twórcy się w niej gubią, a efekty specjalne i sceny akcji pozostawiają wiele do życzenia. Ale film tak potrafił zagrać na nostalgii, że nie dało się go nie polubić. Np. jak scena gdzie Reese i „Pops” ładują broń.  Dużo osób narzeka na humor i obsadę, ja mam akurat odmienne zdanie. Humor nie pasuje do tej serii filmów – to nie ulega wątpliwości, ten czynnik także w dużej mierze pogrzebał „Terminatora 3″, ale tutaj jest serwowany tak, że autentycznie śmieszy, a nie żenuje jak przy trójce. Niektóre dialogi na serio bawią, a Arnie próbujący się uśmiechnąć  za każdym razem powoduje uśmiech. Cameron  eksperymentował przy dwójce z humorem, ale robił to o wiele wytrawniej i subtelniej. W trójce całkowicie spierdolono ten element nieudolnością.  W przypadku  „Genisys” humor nie idzie na minus, ale jest go sporo, co nieco kłóci się z całą mroczną konwencją serii.  Aktorzy grają dobrze i starają się, że źle ich dobrano to druga sprawa.  Courtney sam wygląda jak Terminator i niczym nie przypomina wojownika dorastającego w biedzie i głodzie, a Clarke wygląda jak nard, a nie wielki przywódca. No,  ale przynajmniej się starają, szerze mówiąc po zwiastunie miałem spore obawy względem obu, ale okazało się, że dali radę jakoś.  Byung-hun Lee jako T-1000 – także nie wiem o co ten bulwers, bo facet wypada zajebiście. Emilia Clarke jak Sarah- także jest OK, nie jest to Sarah jaką grała Linda Hamilton ale nie jest źle.  No i swoją urodą w niektórych momentach podkrada film reszcie :P. No i Arnold Schwarzenegger – chłop wymiata tak samo jak 20 lat temu, akurat tutaj ładnie rozstrzygnięto kwestię wieku aktora – pierwszy raz widzimy starzejącego się Terminatora, ale zostało to wyjaśnione jak najbardziej logicznie. Efekty specjalne są na średnim poziomie, mają swoje gorsze i lepsze momenty. Np. całkiem niezła scena z koziołkującym autobusem i beznadziejna scena z helikopterami, nie dość, że idiotyczna, to jeszcze efekty w niej są po prostu słabe. No i ogółem za dużo CGI! Lepiej by było jakby film był skromniejszy, ale precyzyjniej zrealizowany. Muzyka – Lorne Balfe to nie Brad Fiedel i w niczym mu nie dorównuje, muzyka była  po prostu średnia, ewidentnie brakowało starych motywów. Tempo było OK, nie szło się nudzić i film był nawet wciągający. W skrócie bym ujął to tak – na początku próbowano zrobić imitację części pierwszej i drugiej, potem było nawet nie źle, ale fabuła to po prostu jeden wielki, popierdolony twist ,w którym gubi się każdy włącznie  z reżyserem i scenarzystami. Jeśli powstanie kontynuacja to mam nadzieję, że jakoś ogarną to w miarę logiczny sposób. PG -13 także daje się we znaki – nie uświadczymy żadnej brutalności, krwi, fucków, czy nagości. To niestety także indzie na minus. Pamiętacie usunięcie oka w jedynce, czy ściągnięcie skóry z mechanicznej ręki w dwójce? No właśnie…tutaj nic takiego niema. Ugrzecznianie takich filmów to po prostu bezsens i profanacja. A była taka fajna scena z Emilią Clarke, a tu dupa – PG-13.  Film miał o wiele większy potencjał, ale nie czuje się rozczarowany, raczej odczuwam lekki niedosyt. „Terminator: Genisys” połowicznie sprostał moim oczekiwaniom – nie jest źle, ale film zalicza sporo wpadek i  mogło być zdecydowanie lepiej, choć jest jakoś sprytnie nostalgiczny przez co nie da się go nie polubić. „Genisys” to nie „Terminator”, ani „Terminator 2″ i absolutnie w niczym im nie dorównuje, ale o wiele bardziej podobał mi się od  części trzeciej, która jest po prostu chujnią niemal nieoglądalną i nie do polubienia, podchodziłem pod nią wiele razy i dalej mam bardzo duży problem z zaakceptowaniem, a „Genisys” już nawet zaakceptowałem . „Ocalenie” to  nieco inna sprawa, niemal inne uniwersum.  Ocena będzie lekko zawyżona, z kolejnym seansem pewnie się minimalnie zmieni.

OCENA: 6-/10

1 komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Styczeń 2018
P W Ś C P S N
« wrz    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031